Krwawe szaty Kambodży: pracownicy zakładów odzieżowych giną od kul w protestach o godne warunki pracy

imgres

Czytając ten artykuł, być może masz na sobie ubranie, które szył Pok Sopheak. Ten obywatel Kambodży leży teraz na pstrokatym posłaniu w zatłoczonej sali Szpitala Przyjaźni Sowiecko-Kambodżańskiej w stołecznym Phnom Penh. Na sąsiednich łóżkach śpią jego koledzy, wszyscy z ranami postrzałowymi. Pok ma dwie dziury po kulach w okolicach kostek i pod kolanem jeden pocisk, który nie został jeszcze usunięty.

Wszyscy są pracownikami zakładów odzieżowych na przedmieściach Phnom Penh. Przed dwoma miesiącami domagali się podwyżek płac ze 100 do 160 dol. Z protestującymi nikt jednak nie chciał rozmawiać, rząd wysłał do nich wojsko. Żołnierze zastrzelili cztery osoby, a ponad 30 ranili.
Jedną ze śmiertelnych ofiar był Pheng Kosal, 23-letni pracownik fabryki White Tech Garment. Jego rodzina ledwo wiąże koniec z końcem. Ośmioro rodzeństwa Kosala wraz z matką gnieździ się w jednopokojowej kwaterze robotniczej. Zachowali prawo do niej dlatego, że w fabryce, gdzie pracował Kosal, zatrudniony jest również jego starszy o trzy lata brat Sam Sary. Pracuje nie w hali produkcyjnej, ale w biurze na stanowisku asystenta kontroli dostaw. Pensja Kosala była licha – z nadgodzinami wyciągał 150 dol. miesięcznie. Jego brat zarabia o 100 dol. więcej. – Gdyby nie to, utonęlibyśmy w długach – mówi cichym głosem. I dodaje, że mimo wszystko rozumie swojego młodszego brata, który zdecydował się wziąć udział w protestach.
W to, że ktokolwiek odpowie za jego śmierć, nie wierzy. – Tu jest Kambodża, tu nie ma sprawiedliwości – mówi. Krajem od kilku miesięcy wstrząsają demonstracje, jakich nie było dotąd w historii. Wybuchły z powodu podejrzeń o sfałszowanie wyborów parlamentarnych, w których wygrała Kambodżańska Partia Ludowa premiera Hun-Sena. Rządzi on krajem nieprzerwanie od 29 lat.

Kryzys polityczny pogłębiły demonstracje pracowników firm odzieżowych, którzy co kilka tygodni wychodzą na ulice stolicy, sprzeciwiając się fatalnym warunkom pracy. Nie ma tygodnia, by w kambodżańskich fabrykach nie dochodziło do wypadków. Nierzadko zdarzają się, zanim pracownicy do nich dojadą. Wożeni są bowiem przeładowanymi półciężarówkami, na których stoi nieraz nawet setka osób. Na początku roku, gdy jeden z takich pojazdów wywrócił się i przygniótł pasażerów, rannych zostało 86 osób.

Mimo to władze nie robią nic, by poprawić warunki pracy. Związkowcy i opozycja domagają się uwolnienia aresztowanych demonstrantów. Pracę straciło też 180 związkowców.

Przemysł odzieżowy jest oczkiem w głowie rządzących, bo przynosi Kambodży rocznie ponad 5 mld dol. i generuje 80 proc. PKB. Władze tłumią protesty przemocą również dlatego, że liczni kacykowie partyjni mają powiązania z wieloma firmami z branży. W listopadzie policja otworzyła ogień do demonstrujących pracowników w firmie SL Garment, śmiertelnie raniąc jedną kobietę. Brutalną pacyfikację wymusił Meas Sotha, były generał i udziałowiec fabryki, który zachował dobre kontakty z siłami zbrojnymi. Do dziś nie wszczęto żadnego dochodzenia w tej sprawie.

Wiele wskazuje, że rządzący w Kambodży mają wsparcie zagranicy, np. Korei Południowej, największego inwestora zagranicznego w kraju. Seul nalegał na rząd w Phnom Penh, by do protestujących w fabrykach posłać jak najszybciej wojsko. Gdy w krwawej pacyfikacji zginęły cztery osoby, na profilu społecznościowym ambasady Korei Płd. pojawiło się oświadczenie, w którym placówka wyraziła zadowolenie z akcji. Poinformowała też, że wcześniej dyplomaci odwiedzili jeden z wojskowych garnizonów, by “wyjaśnić, jak wygląda sytuacja”. Gdy w mediach rozpętała się burza, wpis zniknął, a ambasada nabrała wody w usta. Zachowały się za to zdjęcia, na których widać mężczyznę w mundurze khaki z południowokoreańską flagą na ramieniu w towarzystwie kambodżańskich żołnierzy.

Międzynarodowa Organizacja Pracy potępia krwawe pacyfikacje. Wzywa rząd, by przeprowadził dochodzenia w sprawie wszystkich ofiar śmiertelnych. Na razie rząd w Phnom Penh pozostaje jednak głuchy na te apele. Nie zaprzestaje za to represji: niedawno zakazał wszelkich demonstracji i zgromadzeń publicznych w stolicy, dzięki czemu znów zapełniają się areszty. Niedawno trafiły tam też dwie kobiety, które chciały zanieść do zachodnich ambasad petycję z żądaniem uwolnienia więzionych pracowników firm odzieżowych.

Obie kobiety nie przypadkiem właśnie tam zamierzały dostarczyć dokument – Unia Europejska i Stany Zjednoczone są głównymi odbiorcami odzieży i butów szytych w Kambodży dla takich marek jak H&M, Gap, Puma czy Zara.

Według organizacji pozarządowych walczących o poprawę warunków pracy w krajach azjatyckich to właśnie zachodnie koncerny mogłyby mieć, gdyby chciały, największy wpływ na los kambodżańskich pracowników. – Już sam fakt, że firmy te zdecydowały się niedawno wspólnie napisać list potępiający rząd za brutalną pacyfikację demonstracji, jest budujący. Ale z drugiej strony, gdyby przedstawiciele tych koncernów chcieli, mogliby sami zdecydować o podwyżkach dla pracowników, podwyższając koszty zleceń w tym kraju – mówi Joanna Szabuńko z Clean Clothes Polska, koalicji organizacji pozarządowych działających na rzecz poprawy warunków pracy w przemyśle odzieżowym.

Published in Gazeta Wyborcza [Poland] on 8 Mar 2014. Written in collaboration with Michal Kokot.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s